Czym jest deliberacja dla zdrowia? Kiedy jej potrzebujemy, a kiedy nie ma na nią miejsca?

źródło: Unsplash

Autor: Michał Zabdyr-Jamróz         

Zdrowie publiczne wymaga dobrego rządzenia – prowadzenia polityki zdrowotnej i podejmowania decyzji w sposób efektywny, przejrzysty, praworządny, odpowiadający na potrzeby społeczne, więc i inkluzywny oraz sprawiedliwy. Dlatego tak cennym wsparciem zdrowia publicznego jest demokracja deliberatywna. Jest to idea uprzedniego rozważania decyzji z udziałem nie tylko ekspertów, ale też i samych zainteresowanych, obywateli. Tego rodzaju podejście zapewnia bezcenne wsparcie w zbieraniu informacji i usprawnianiu działań, a także w unikaniu błędów.

Przez parę ostatnich dekad panowała wyraźna moda na demokrację deliberatywną. W tym czasie nastąpił rozkwit różnorodnych jej technik. Stosowano je także w polityce zdrowotnej: od wyznaczania ogólnych kierunków reform po racjonowanie opieki zdrowotnej [1]. Jednocześnie teoria deliberatywna stała się dominującym nurtem namysłu nad demokracją w ogóle [2]. Jednak sama demokracja deliberatywna natrafiła na szereg barier dla swojego rozkwitu. Wiele z nich to czynniki zupełnie zewnętrzne: brak woli decydentów, rosnąca polaryzacja polityczna społeczeństw i inne, bardziej wewnętrzne przyczyny tych niepowodzeń.

 

Jak zaszkodzono demokracji deliberatywnej?

Chyba najistotniejszym powodem niepowodzeń demokracji deliberatywnej jest to, że w powszechnym odbiorze słowo „deliberacja” coraz bardziej zaczęło się oddalać od codziennego życia. Wezwania do „deliberacji” zaczęto stosować jako pretekst do uciszania społecznych protestów, w tym do wykluczania wielu słusznych dążeń – jako rzekomo „partykularnych”. Wezwanie do refleksji i „kompromisu” zaczęto traktować instrumentalnie. Decydenci używali idee partnerstwa i deliberacji do „fabrykowania zgody”, czyli ugłaskiwania i wymuszania posłuszeństwa narzuconym odgórnie rozwiązaniom [3]. Wykorzystywali je do niekonkluzywnych konsultacji sprawiających wrażenie bardziej czczej gadaniny lub wręcz spotkań towarzyskich. Było to tym łatwiejsze, że deliberację zaczęto kojarzyć z elitarnością i wysoką pozycją społeczną.

Nie dziwi więc, że deliberacji trudno jest trafić do społecznej wyobraźni. Złożoność samych jej technik na pewno nie pomaga. Przeszkadza też pewien akademicki posmak „demokracji deliberatywnej”. Przez ostatnie lata zaczęła ona wyglądać na coś wzniosłego, górnolotnego i niepraktycznego. W potocznym odbiorze zatraciła swój ludzki wymiar – nawet mimo tego, że w obronie tego wymiaru występowała. Dlatego gdy mówimy „deliberacja” wyobrażamy sobie jakieś eksperckie gremia albo kosztowne i skomplikowane procedury konsultacyjne. Rzadko myślimy o codziennej rozmowie – o sprawach publicznych i prywatnych; z przygodnie poznanymi osobami, ale też i w gronie przyjaciół czy rodziny. To są właśnie sytuacje, w których wyrabiamy sobie opinie o świecie.

Dorobek technik deliberatywnych a także całej teorii demokracji deliberatywnej jest już ogromny i niebywale skomplikowany. Tak potęguje się tylko wrażenie oddalenia deliberacji od naszego zwykłego świata. Jest to oczywiście tylko wrażenie, ale jego przełamanie wymaga powrotu do sedna. Domaga się uwzględnienia tego najnowszego dorobku demokracji deliberatywnej, jednak w odpowiedzi na najprostsze pytania. Trzeba wyjaśnić sobie, czym jest i czym może być – a więc czym nie jest i czym nie powinna być – deliberacja w codziennym życiu [4].

 

Czym jest deliberacja?

Zacznijmy od prostej definicji deliberacji, którą potem wyjaśnimy sobie przez zestawienie z innymi typami dyskusji. Deliberację rozumiemy zwykle jako rozmowę. Jednak możemy tym słowem określać też samodzielny namysł, jak w zdaniu „po długiej deliberacji postanowiłem…”. Tutaj skupię się na tym pierwszym – dialogicznym rozumieniu deliberacji. Jednak zrobię to w sposób, który potem podpowie nam jak może wyglądać ona w samotności. Tak więc:

Deliberacja to rozmowa z różnicą stanowisk, której uczestników cechuje gotowości do bezinteresownej zmiany stanowiska pod wpływem słusznych racji.

‘Stanowiska’ uczestników mogą dotyczyć zarówno poglądów politycznych, jak i interesów ekonomicznych; zarówno celów, jak i środków od ich osiągania; potrzeb, odczuć, osądów moralnych czy intuicji filozoficznych.

Deliberacja to ‘dyskusja’, czyli rozmowa z różnicą stanowisk. Bez jakiejś różnicy – choćby nieznacznej – rozmowa taka będzie zwykłym towarzystwem wzajemnej adoracji (TWA). Najistotniejszym i unikatowym aspektem deliberacji jest właśnie gotowość na bezinteresowną, a motywowaną słusznymi czy lepszymi racjami innych, zmianę stanowiska. Gotowość taka określana jest jako ‘postawa deliberatywna’ [5].

Co istotne, w deliberacji zmiana stanowiska absolutnie nie jest obowiązkowa. Deliberacja nie ma polegać na przymuszeniu do konsensu. A w deliberacji nie chodzi o ‘fabrykowanie zgody’. Chodzi raczej o rozsądną gotowość do zmiany stanowiska pod wpływem lepszych argumentów czy słusznych racji rozmówcy. Zmiana stanowiska stanowi tu raczej „oczekiwany skutek uboczny” [6] procesu wzajemnego uczenia się od siebie – dowiadywania się nowych faktów, poznawania cudzych potrzeb czy odczuć. Oczywiście kluczowym warunkiem jest to, że postawa deliberatywna jest odwzajemniana. W przeciwnym razie – gdy jedna strona odmawia takiej życzliwości – deliberacja szybko przekształca się w coś innego. 

 

Czym deliberacja nie jest?

Jasnym jest, że deliberacja jako rozmowa nie jest dowolną rozmową. Co ciekawe dotarcie do tego, jakim właściwe typem rozmowy jest zajęło jej zwolennikom sporo namysłu i wielu prób. Kiedyś wyobrażano sobie deliberację jako „uczoną debatę”, innym razem jako eksperckie panele, jeszcze innym – jako poufne dyskusje i negocjacje elit. Wygląda jednak na to, że w przeciągu parunastu ostatnich lat wiele z tych rozumień odrzucono. No więc czym nie jest deliberacja?

 

…nie jest debatą

Debata to rozmowa między dwoma uprzednio zdefiniowanymi, opozycyjnymi stanowiskami, w którym obie strony są okopane na swoich pozycjach i rywalizują o słowne zwycięstwo. Sam termin „debata” wywodzi się z francuskiego słowa débattre, czyli „pokonać, strącić” [7]. Naczelnym instrumentem debaty jest słowna szermierka – erystyka, tak jak ją opisał Artur Schopenhauer w swojej książeczce Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów. Właściwie jest to – jak dosłownie brzmi oryginalny podtytuł – „sztuka posiadania racji” (niem. Die Kunst, Recht zu behalten) [8]. Celem debaty jest pokonać rywala w pojedynku słownym – bez względu na rozum czy słuszność.

Dlatego wyobrażanie sobie deliberacji jako czegoś na kształt debaty oksfordzkiej jest kompletnym nieporozumieniem. W debacie oksfordzkiej, owszem, obowiązują wysokie kryteria rzetelności argumentacji. Jednak sam jej rywalizacyjny charakter jest z istoty sprzeczny z deliberacją. Celnie ujął to bohater filmu Dziękujemy za palenie (2005), utalentowany rzecznik koncernów tytoniowych Nick Naylor: „Kiedy twoim zadaniem jest zawsze mieć rację, wtedy nigdy się nie mylisz”. Jego przykład debaty na temat wyższości lodów waniliowych nad czekoladowymi idealnie ilustruje zasady działania erystyki. Nie chodzi w niej o przekonanie kogoś, ale o wygranie – przynajmniej w oczach widzów. Nie chodzi o to by dowieść, że ja mam rację, wystarczy, że udowodnię, że ty się mylisz.

Debatę cechuje pryncypialny upór rozmówców. Wręcz zabrania ona przyznania racji drugiej stronie (chyba, że na zasadzie jakiegoś erystycznego podstępu). Barierą ku temu jest już sam „tryumf przeciwnika”, poczucie dumy albo przywiązanie do posiadanych przekonań. Deliberację, tymczasem, cechuje gotowość do zmiany zdania czy stanowiska pod wpływem lepszych racji – rozumnych argumentów, słusznych sądów czy zasadnych potrzeb drugiej strony. W debacie słuchasz przeciwnika, by uczepić się każdej jego pomyłki, nieścisłości czy uchybienia. Tak z przekonań rozmówcy upleciesz chochoła, który będzie łatwy do „zaorania”. W deliberacji, natomiast, przede wszystkim słuchasz uważnie by rzeczywiście zrozumieć sedno stanowiska drugiej strony. No i starasz się je zinterpretować tak życzliwie jak to tylko możliwe. Krytyka jest tu jak najbardziej wskazana, ale powinna ona być sprawiedliwa i konstruktywna. W deliberacji szukasz wspólnego stanowiska. Jednak, jeśli to nie jest możliwe, starasz się uczciwie ustalić katalog rozbieżności – by przynajmniej dobrze zrozumieć stanowisko drugiej strony.

 

…nie jest targowaniem się

W targowaniu strony rozmowy skupiają się na swoich interesach i zasobach, jakie posiadają. Gotowe są do zmiany stanowiska, ale tylko, jeśli dostaną coś w zamian. Targowanie jest to przeciąganie liny. W idealnym układzie zakłada wzajemność ustępstw. Jednak w twardym targowaniu, silniejsza strona często szantażuje tę słabszą. Grozi odejściem od stołu wymuszając akceptację skrajnie niekorzystnej transakcji. Twarde targowanie charakteryzuje ‘strategiczna kontrola informacji’, czyli ukrywanie swoich prawdziwych zasobów i potrzeb, a czasem wprost kłamanie, by uzyskać lepszą pozycję przetargową [9].

W targowaniu obie strony wpadają w tzw. pułapkę negocjatora. Nawet jeśli ktoś gotowy jest do uczciwego podziału kosztów i zysków – według realnych potrzeb – to nie może być pewny, że pozostali odwzajemnią taką dobrą wiarę. Dlatego wszyscy zakładają, że druga strona przesadza, bo stara się ‘strategicznie kontrolować informacje’. Przystępuję więc do rozmowy w założeniu, że druga strona będzie mnie oszukiwać, by zyskać jak najwięcej moim kosztem. Przy takim założeniu sam powinienem przesadzać. Więc będę stawiać wygórowane żądania i przeszacowywać moje koszty [10]. Wszystko to w przekonaniu, że i tak spotkamy się „gdzieś pomiędzy”. Idealnie ilustruje to rozmowa prawników z bohaterem filmu Historia małżeńska (2019). Wyjaśniają oni, że w procesie rozwodowym nie ma sensu zaczynać od rozsądnego stanowiska: „Słuchaj, jeśli zaczniemy z pozycji rozsądku, a oni zaczną z pozycji szaleństwa, to gdy dojdziemy do porozumienia, spotkamy się gdzieś między rozsądkiem a szaleństwem… Co i tak będzie szaleństwem… Bo pół-szaleństwo dalej jest szaleństwem”.

Tak wpadamy w zjawisko, które nazywam ‘strukturalnym egoizmem’ [11]. Polega ono na tym, że antagonistyczna struktura rozmowy wymusza na nas zachowania egoistyczne: cwaniactwo i wariactwo. Tylko dlatego, że czyni je najbardziej racjonalnymi. Zakładamy tu, że im bardziej przesadzamy w żądaniach, tym więcej zyskamy. Deliberacja, tymczasem, wymaga postawy zupełnie odmiennej. Nie domaga się wcale takiej bezinteresowności, która każe poświęcać swojej potrzeby.  Wymaga za to rezygnacji ze strategicznej kontroli informacji. Domaga się uczciwego komunikowania swoich potrzeb i posiadanych zasobów – w dążeniu do uczciwego kompromisu, do sprawiedliwego podziału korzyści i kosztów. W deliberacji podmioty w dużo lepszej sytuacji powinny być te gotowe do większych ustępstw, dla wyrównania sytuacji. Deliberacja wspiera ideę negocjacji, w których kluczowym elementem jest budowanie wzajemnego zaufania i chęci dalszej współpracy. Negocjacje w warunkach dobrej moderacji przybliżyć się mogą do ideału tzw. deliberatywnych negocjacji [12].

 

…nie jest panelem eksperckim

I teraz coś nieintuicyjnego: Deliberacja nie ma polegać na stosowaniu się wyłącznie do wskazań najnowszego dorobku nauki. Szczególnie jeśli miałoby to polegać na braniu pod uwagę jedynie „suchych faktów” i „nagich dowodów”. Nauka dostarcza nam bezcennej wiedzy o świecie – o tym jaki on jest. Jednak nie może sama w sobie stanowić busoli naszych osądów moralnych, etycznych czy politycznych. Może dawać nam informacje o uwarunkowaniach, o ryzyku, o procentach, statystykach i prawidłach. Ale czym innym jest znajomość tych danych i teorii, a czym innym jest właściwa etyczna ocena tego ryzyka czy tych prawideł i podjęcie na ich podstawie decyzji. Taka ocena nie powinna być podejmowana bez rzetelnych danych, ale same rzetelne dane nie są tu wystarczające. Kiedy twierdzimy uparcie, że nasze osądy „opieramy tylko na dowodach” to przed samymi sobą ukrywamy swoje własne uprzedzenia [13].

Koncentracja na „surowych faktach” i na „dowodach naukowych” zbyt często przeradza się w eksperckie widzenie tunelowe albo wprost w instrumentalizowanie nauki. Surowymi faktami bardzo łatwo manipulować. Dla osoby biegłej w temacie – a popadającej w erystyczną chęć wygrania debaty – łatwo jest je dobierać pod tezę. Same „fakty naukowe” – bez właściwego, szerszego kontekstu całości wiedzy na dany temat – potrafią być bardzo mylące. Wzorowym przykładem eksperckiego widzenia tunelowego jest zafiksowanie się na jednym wymiarze problemu, np. na jakimś wygodnym wskaźniku (szczególnie gdy jest łatwo policzalny i na jego temat dostępne jest wiele badań). Uzależnianie od niego całych polityk publicznych jest już szczególnie szkodliwe, stanowiąc przykład aroganckiej ignorancji. Dlatego tak istotne jest prezentowanie wiedzy naukowej nie tylko w jej pełnym kontekście – wobec całości dostępnej wiedzy – ale też przy uczciwym przyznawaniu się do tego co jest niewiadome [14].

Te same problemy – widzenia tunelowego i aroganckiej ignoranci, wiodących do stronniczości i ukrytych uprzedzeń – dotyczą nie tylko nauk empirycznych, ale także nauk prawnych, w tym prawa konstytucyjnego. Ciała sądowe, takie jak amerykański Sąd Najwyższy (stanowiące niegdyś wzorzec elitystycznej deliberacji) stanowią w rzeczywistości eksperckie panele zorientowane na naukę prawa konstytucyjnego. I w ich przypadku koncentracja tylko na wybranych przesłankach prawnych ułatwia stronniczą interpretację. Tworzy złudzenie oczywistości danego rozstrzygnięcia. Ułatwia też pomijanie istotnych uwarunkowań merytorycznych tego, co prawo ma regulować i konsekwencji prawa w działaniu. Tego rodzaju instrumentalizacja prawa jest szczególnie groźna przy wyraźnym upolitycznieniu procesu obsadzania stanowisk sędziowskich i może prowadzić do długofalowego obniżenia społecznego poszanowania porządku prawnego [15].

Jest wielkim złudzeniem nowoczesności – menadżerskiej ideologii „rządu ekspertów” – że na podstawie samych faktów da się podejmować jedynie słuszne decyzje. Jeffrey Guhin jako przykład takiego myślenia wskazał tweet Neila deGrasse Tysona (znanego w USA astrofizyka i popularyzatora nauki), który ogłosił, że „Ziemia potrzebuje […] jednolinijkowej konstytucji: Cała polityka opiera się na dowodach”. Dla Guhina był to wzorowy przykład ‘krótkowidztwa scjentyzmu’, a jego źródeł upatrywał w quasi-religijnym kulcie nauki. Zdaniem Richarda P. Feynmana zarówno laicy, jak i sami naukowcy zbyt często popadają w ‘naukowy kultu cargo’ – czyli fetyszyzację wiedzy naukowej przez przypisanie jej magicznego charakteru dogmatu wiary. Wiedzie to albo do upowszechniania się pseudonauki, albo – odwrotnie – do alergicznej reakcji w postaci nihilizmu naukowego.

Naukowy kult cargo jest stawianiem nauce wygórowanych wymagań. Prowadzi to do skutków podobnych ‘do efektu CSI’ w ocenie spraw kryminalnych przez ławy przysięgłe [16]. W serialach z gatunku „kryminalnych zagadek CSI”, filmowcy przedstawiają laikom zawyżone standardy pracy ekip śledczych. Jednocześnie wbudowują widzom wygórowaną opinię o niektórych technikach dowodowych, jak badania wariografem czy pseudonaukowe wykrywanie kłamstw na podstawie mimiki. Podobnie rzecz się ma z popularnym obrazem nauki i tego jak prowadzi ona do odkryć czy nowych wynalazków. Konsekwencje tego są takie, że upublicznienie dyskusji technicznych wewnątrz środowisk naukowych – np. na temat dobrze udokumentowanych teorii naukowych – prowadzi do wrażenia, że są wciąż niepotwierdzone; że to „tylko teorie” [17].

Generalnie jednak krótkowidztwo scjentyzmu jest przejawem eksperckiej pychy w rzeczywistości często służącej zamaskowaniu wąskich interesów. Idea ‘polityki opartej na dowodach’ często sprowadza się do ‘dowodów opartych na polityce’. Kult cargo nauki ułatwia przedstawianie jakiejś ideologii jako „naukowej”, obiektywnej i bezdyskusyjnej „jedynej słusznej drogi”. To dlatego problematyczne jest twierdzenie, że deliberacja publiczna na temat decyzji politycznych powinna się sprowadzać tylko do eksperckiej dyskusji. Takie wymogi czynią deliberację tylko bardziej podatną na erystyczną debatę. I jest to proces naturalny. Jeśli z podejmowania decyzji wyklucza się reakcje emocjonalne czy interesy partykularne – jako „sprzeczne z rozumem publicznym” – prowokuje się ich przemycanie do dyskusji. A przemycane mogą być pod postacią wybiórczego doboru dowodów, czy wręcz manipulacyjnej pseudonauki. Na pewno też szkodzi to uczciwej rozmowie o naszych wartościach jako kluczowych dla intencji naszych działań [18].

Dobrze urządzone eksperckie panele są bezcenne w dostarczaniu wiedzy na potrzeby decyzji. Na pewno powinny one polegać na uczciwym i ukontekstowionym komunikowaniu rzetelnej wiedzy naukowej. I tę cechę dzieli z nimi deliberacja. Jednak sama deliberacja nie może się wyłącznie ograniczać do dyskusji nad wiedzą ekspercką. Deliberacja wymaga jeszcze uwzględnienia tego, co jest naszym osądem etycznym i naszymi potrzebami materialnymi. Wiedza ekspercka powinna służyć wspólnemu rozważaniu kwestii dla nas najistotniejszych. A te wymagają zrozumienia nie tylko samych faktów i dowodów, ale i ich znaczenia dla naszych wartości etycznych i interesów ekonomicznych.

Typy dyskusji a trzy typy wkładów | źródło: [11]

 

Bariery dla postawy deliberatywnej

Widzimy już, na czym dokładnie polegać ma deliberatywna postawa „gotowości do zmiany stanowiska”. Jest ona oczywiście przeciwieństwem pryncypialnego uporu – upartego obstawania przy swoim (jakie cechuje erystyczne debaty). Nie jest też gotowością na zmianę stanowiska w zamian za coś – za jakąś korzyść czy nawet za odwzajemnienie zmiany stanowiska („zmienię zdanie pod warunkiem, że ty zmienisz swoje”). To ostatnie jest typowe dla targowania. Natomiast, taka transakcyjna logika oczekiwania czegoś w zamian może mieć miejsce w deliberatywnych negocjacjach, gdzie strony „spotykają się gdzieś pomiędzy”, ale ich kompromis jest sprawiedliwy a nie oparty na twardym targowaniu. W tym wypadku strony szczerze komunikują swoje interesy i w przypadku ich sprzeczności uczciwie dzielą się kosztami i korzyściami przy szczególnym docenieniu interesów strony słabszej.

Istotne jest również odróżnienie postawy deliberatywnej od zmiany zdania jaka jest oczekiwana w panelach eksperckich. W czystej nauce zmiana zdania powinna nastąpić tylko pod wpływem „faktów”, „dowodów” czy „przekonujących argumentów z literatury naukowej”. Deliberatywna zmiana stanowiska, tymczasem, wywołana powinna być wszelkimi istotnymi społecznie racjami, w tym także informacjami o czyichś emocjach albo interesach własnych. Emocje stanowią wyraz osądów moralnych czy politycznych. Stanowią kluczowy element motywacyjny w naszym życiu. Z kolei interesy własne to nasze egzystencjalne potrzeby, głównie materialne (choć nie tylko finansowe).

W tym miejscu warto prowizorycznie odróżnić ‘interesy własne’ od ‘zysków’. Interes własny dotyczy egzystencjalnych potrzeb – godnego życia, pewnych oszczędności na różne wyjątkowe cele, braku niepokoju o byt: zrównoważenia i odporności na kryzysy. To wszystko co pozwala na optymistyczne patrzenie w przyszłość, więc i na samorozwój. W tym sensie, absolutnie uzasadnionym jest, że pracownicy strajkują „o kasę”, jeśli ich dotychczasowa płaca nie pozwala im na godne życie. Tego rodzaju racje jak najbardziej są słuszne i wykluczanie ich jako „egoistycznych”, „sprzecznych z dobrem wspólnym” stanowi częsty zabieg wyzyskiwaczy. Zaspokojenie interesów własnych jest oczywiście relatywne – zależy od kontekstu społecznego i innych względów. Jednak istnieje dla niego granica zaspokojenia na rozsądnym poziomie. 

Zyski, tymczasem – tak jak funkcjonują one w obszarze rynków kapitałowych – z założenia nie mają takiego poziomu, przy którym udziałowiec powie „wystarczy, nie potrzebuję więcej”. Potrzeba zysków jest nienasycona. To wór bez dna, który rozrasta się wraz z możliwością ich powiększenia. Zyski kapitałowe nie mają „rozsądnej granicy zaspokojenia”. Jeśli mogą być jeszcze większe, nikt nie powie „ok, już wystarczy”. Dlatego nie ma sensu rozpatrywać ich w deliberacji w ten sam sposób co czyichś egzystencjalnych interesów własnych. Rozsądek nie stanowi dla zysków punktu odniesienia. Dla nich jedynym sensownym forum jest regulacja albo targi, gdzie żądza zysków natrafić może na twardą barierę oporu ze strony kontrahentów lub władzy publicznej.

 

Czego dotyczy deliberacja?

Deliberacja powinna być więc odróżniania od debaty, od targu interesów a nawet od dyskusji w czysto eksperckim panelu. Oczywiście to odróżnienie nie jest ostre, ale warto o nim pamiętać, by wystrzegać się trzech grzechów przeciw postawie deliberatywnej, tj.:

  • pryncypialnego uporu (typowego dla debat) – kategorycznie blokującego zmiany stanowiska;
  • interesowności (typowej dla targowania) – domagającej się czegoś w zamian za zmianę stanowiska;
  • krótkowidztwa scjentyzmu (typowego dla paneli eksperckich) – wiodącego do eksperckiej pychy i eksperckiego widzenia tunelowego, ułatwiających instrumentalizację nauki.

Deliberacja musi unikać tych postaw. Jednak nie może ona wykluczać tego, co leży u ich podstaw – trzech wkładów polityki, które są nieodzownym elementem spraw publicznych. Te trzy wkłady to:

  • wiedza ekspercka,
  • interesy własne
  • i emocje.

Deliberacja zdecydowanie wymaga zebrania dostępnej, wiarygodnej i ukontekstowionej wiedzy eksperckiej. W deliberacji powinniśmy brać pod uwagę interesy własne podmiotów, których dotyczy dana sprawa. Wreszcie, deliberacja powinna doceniać porywy serca, odczucia, emocje – te same, które dyktują pryncypialny upór właściwy debatom, ale też są przejawem moralnego oburzenia. O ile debaty, targi czy panele eksperckie stanowią koncentrację na jednym z tych wkładów, deliberacja wymaga brania ich wszystkich pod rozwagę wspólnie – bez wykluczenia czy redukcji jednych do drugich.

Trzy wkłady wnoszone do rozmowy i ich traktowanie: deliberatywne i niedeliberatywne | źródło: M. Zabdyr-Jamróz, Wszechstronniczość.

Granica między emocjami, interesami własnymi i wiedzą o tym, co uznajemy za fakty jest oczywiście trudna do jednoznacznego wytyczenia. W rzeczywistości – szczególnie w naszych codziennych rozmowach – łączymy te trzy wkłady w ‘narrację’. W nich wszystkie te trzy są zlepione: splątane są w pewną bardziej lub mniej spójną opowieść. Nasze interesy własne powiązane są z tym, „jak powinno być” w naszym odczuciu i wszystko to razem podparte jest pewną opowieścią o tym „jak jest”. Dowody na zasadność naszej narracji oczywiście selekcjonujemy. Łatwiej nam uznać, a nawet tylko zapamiętać te fakty, które pasują do tej opowieści. Pozostałe bardzo łatwo odrzucamy albo zwyczajnie zapominamy, bo nie znajdujemy dla nich miejsca w naszej pamięci [19].

Ideologiczne narracje czy doktryny konstruuje się z dążeniem do pewnej usystematyzowanej spójności między tymi trzema wkładami. I szczególnie tu dąży się do opierania ich na faktach „udowodnionych naukowo”. Dlatego narracje bardzo ochoczo czerpią z najnowszego dorobku nauki. Jednak zawsze nieco przeinaczają jej sens. Przykładowo, czym innym jest właściwa darwinowska teoria ewolucji, a czym innym jest to, co z darwinizmem uczyniono w popularnych narracjach – w ideologiach politycznych, społecznych czy ekonomicznych. Tak właśnie teorie naukowe często się instrumentalizuje i wypacza. Wyjmując je z właściwego im kontekstu zamienia się je w wygodne usprawiedliwienia czy totalne „teorie wszystkiego”. Nazbyt pochopnie też z opisywanych przez naukę faktów wnioskuje się o powinnościach. Nade wszystko, w narracjach teoriom naukowym nadaje się takie emocjonalne poczucie pewności czy prawdziwości nie jest właściwe dla czystej nauki. Jest to rodzaj wiary, która jest przydatna jako motywacja do zbiorowego działania.

Tak więc w codziennym życiu łączymy emocje, interesy własne i wiedzę w dogodne narracje. Te trzy wkłady splątane są w naszych potocznych opowieściach – a już szczególnie w debatach publicznych. Deliberacja ma polegać na próbie rozplątania tych narracji. Służyć ma rozdzieleniu od siebie tych nici, by zobaczyć, co każda z nich oznacza dla całości. Jeśli uczynimy to dla wielu konkurencyjnych narracji, możemy zestawić ze sobą ich składowe wątki, sprawdzić czy któreś do siebie nie pasują, czy nie dałoby się ich pogodzić. Deliberatywne rozplątanie pozwala też ocenić poszczególne racje – zestawić je ze sobą i porównać. W ten sposób łatwiej przekonać się do czyichś potrzeb i argumentów – kiedy wreszcie rozumie się ich sedno. W ten sposób lepiej poznajemy to, co nas w rzeczywistości dzieli a co łączy. Potem, możemy spróbować wypracować z tych wątków jakaś wspólną narracje. Jeśli się to nie uda to może dwie narracje, które będą przynajmniej zgodne, co do wniosków. Nawet jednak jeśli nie dojdziemy do takiej zgody – jeśli nie zmienimy stanowiska – deliberacja pozwoli nam przynajmniej lepiej zrozumieć siebie nawzajem. Samo odkrycie istoty konfliktu jest w demokracji istotne.

Tak rozumianą deliberację można uprawiać w samotności. Wystarczy się życzliwie wsłuchiwać w głosy innych. Czasem w ten sposób nawet łatwiej ją stosować. Nie ma bowiem emocjonalnej presji żywiołowej dyskusji. Jednak istotne jest tu zbieranie informacji rzeczywiście stanowiących wyzwanie dla naszych uprzednich przekonań. Deliberacja dialogiczna jest dlatego tak ważna, bo można się dzięki niej wprost skonfrontować z głosem innej osoby. Można się o coś dopytać czy coś doprecyzować. Deliberacja nie jest bowiem „tylko jakimś tam gadaniem”. Nie jest nawet tylko specyficznym typem gadania. Deliberacja to przede wszystkim słuchanie – uważne, życzliwe, ale też i wcale nie bezkrytyczne. Dla takiego słuchania gadanie jest nieodzownym paliwem [20].

 

Zwrot systemowy: o deliberatywnej roli protestów

Wraz z upowszechnianiem się technik deliberatywnych rozwijały się i inne nurty demokracji deliberatywnej – w tym takie, które deliberację ujmowały w szerszym kontekście. Istotną była obserwacja, że głębsza zmiana preferencji rzadko dokonuje się tylko w wyniku dobrze przeprowadzonej deliberacji w danym miejscu i czasie. Zmiana taka jest efektem wielu rozłożonych w czasie rozmów, życiowych doświadczeń i zdobywanej wiedzy – kumulujących i osiągających masę krytyczną [21]. Dochodzi tu do „pełzania wiedzy” i zachodzenia rozproszonych „decyzji przez akrecję” – tj. decyzji przez nawarstwianie się [22]. Pojedyncze deliberacje mogą taką zmianę wydatnie wspomóc. Jednak istotne jest też to, że uczestnictwo czy obserwacja tych niedeliberatywnych erystycznych debat, także może wspomagać proces zmiany zdania. Niebagatelną rolę mogą mieć nawet zwyczajne „codzienne rozmowy” – nawet te przy kuchennym stole. Tak oto doszło do wypracowania pojęcia ‘systemu deliberatywnego’ [23] i w rezultacie do tzw. zwrotu systemowego w demokracji deliberatywnej [24].

System deliberatywny to całokształt rozmów, wymian zdań w ramach różnych publicznych i niepublicznych miejsc dyskusji – zarówno w mediach, jak i przestrzeni prywatnej [11]. Dobrze urządzony system deliberatywny spełnia swoje trzy podstawowe funkcje:

  • poznawczą – bo umożliwia propagowanie prawdziwych informacji, poszerzając i pogłębiając społeczne rozumienie rzeczywistości;
  • etyczną – bo krzewi wzajemny szacunek między obywatelami i poszanowanie ich praw;
  • i demokratyczną – bo włącza do publicznej dyskusji możliwie szerokie grono uczestników [25].

Z perspektywy teorii systemów deliberatywnych istotne staje się nie tylko doskonalenie technik deliberatywnych. Przedmiotem zainteresowania jest także doskonalenie szerszych procesów i wzajemnych relacji.

Jeden z protestów BLM | źródło: wikimedia commons

Z perspektywy zwrotu systemowego doszło do ciekawej reorientacji w ocenie zjawisk nawet bardzo odległych od deliberacji. Przykładowo, masowe protesty społeczne, strajki, okupacje – same w sobie niemające nawet charakteru deliberacji – okazują się odgrywać istotną rolę dla całości systemu deliberatywnego. Mogą wspierać ten system w realizacji jego kluczowych deliberatywnych funkcji. Polegają bowiem na wyrazistym zwróceniu uwagi na pewien istotny problem, który do tej pory był ignorowany przez opinię publiczną, media i polityków. Protesty tego rodzaju służyć mogą też inkluzji osób do tej pory wykluczanych z procesów decyzyjnych. Innymi słowy, kiedy spokojny głos w ważnej sprawie jest ignorowany, konieczny staje się krzyk. I w ten sposób to, co na pierwszy rzut oka jest niedeliberatywne staje się wsparciem deliberacji, przez uzmysłowienie skali i znaczenia jakiegoś problemu.

Teoria systemów deliberatywnych pokazuje, że na niedeliberatywne formy dyskusji – targi interesów, a nawet (czy szczególnie) debaty – powinno być miejsce w demokracji. Usytuowane w odpowiedniej sekwencji potrafią odgrywać istotną pozytywną rolę w procesach demokratycznego kształtowania opinii. Pozwalają też w odpowiedni sposób przygotować grunt pod bardziej wartościową deliberację na potrzeby decyzji.

Starsza wersja demokracji deliberatywnej cechowała się nie tylko zawężoną orientacją na pojedynczej deliberacji. Charakteryzowało ją też zbyt racjonalistyczne i wykluczające nastawienie. Nie doceniała motywacyjnej, perswazyjnej i etycznej roli uczuć. Brakowało jej doceniania potrzeb i interesów własnych jednostek i grup wykluczonych. Popularnym problemem było tzw. ‘wewnętrzne wykluczenie’ [26]. Polegało na tym, że dopuszcza się kogoś do rozmowy, ale ignoruje jego racje jako „źle wyrażone”, „zbyt emocjonalne” albo „nieujęte w bezstronne reguły”. W ten sposób wykluczano osoby o odmiennych kompetencjach kulturowych czy krótszym dostępie do edukacji. Dawało to też pretekst do pozbywania głosów, np. kobiet w oparciu o krzywdzące stereotypy na temat płci. W takim ujęciu nieprzemyślane wezwania do „racjonalnej dyskusji” stanowić mogą narzędzie wykluczenia i uciszenia. Mogą być wypaczeniem samej istotny demokratycznej deliberacji.

Zwrot systemowy pozwolił tym wyraźniej dostrzec, że techniki deliberatywne stosowane niewłaściwie i w złej wierze potrafią szkodzić całości systemu deliberatywnego. Mogą stanowić próbę ugłaskiwania, symbolicznej partycypacji i „fabrykowania zgody”. Służą np. gaszeniu społecznego zapału i motywacji do zmiany. Źle przygotowana deliberacja – taka, w której jedna ze stron nie przyjmuje postawy deliberatywnej – może być wprost ustawianiem drugiej strony w niekorzystnym położeniu w twardych targach interesów. Przykładem tego mogą być nieszczere wezwania do kompromisu w oczekiwaniu na odstąpienie od już kompromisowych postulatów.

Deliberacja tymczasem nie ma prowadzić do takiego kompromisu, jaki jest skutkiem targowania. Nie chodzi w niej o „pośrodkizm” – tj. o „spotkanie się gdzieś pośrodku” – jeśli miałoby to oznaczać wybór opcji stanowiącej ledwo „pół-szaleństwo”. Inaczej niż w targowaniu, to, że ktoś ma silniejszą pozycję przetargową nie jest ‘racją’ w deliberacji. Deliberacja (w tym deliberatywne negocjacje) ma prowadzić do rozwiązań sprawiedliwiych, rozsądnych i wymaga postaw gotowości do zrezygnowania z tych atutów, które pozwalają przymuszać innych do swojej woli. Na tym właśnie polega postawa deliberatywna. Jeśli jedna ze stron uparcie odmawia drugiej stronie praw, dyskryminuje ją i odbiera jej autonomię, wówczas wymuszanie na tej drugiej postawy deliberatywnej stanowi formę manipulacji.

Współczesny dorobek demokracji deliberatywnej wyraźnie wskazuje, że postawa deliberatywna – niezbędna do takiej szczerej otwartej rozmowy, jakiej byśmy chcieli – zdecydowanie wymaga odwzajemnienia. Wejściowe jej przyjęcie zdecydowanie nie jest w obowiązku tych osób, którym odmawiano praw. Obowiązek wyjścia z postawą deliberatywną do innych jest raczej po stronie tych, którzy do tej pory byli w pozycji uprzywilejowanej. Jako, że samo-opamiętanie nie jest typowym doznaniem osób u szczytów władzy, konieczne jest czasem stanowcze uprzytomnienie tym osobom krzywd, jakie wyrządziły. Teoria systemów deliberatywnych pokazuje, że właśnie takie uprzytomnienie – nawet w formie żywiołowych, emocjonalnych protestów – może stanowić cenny i konieczny przyczynek do przyszłej deliberacji: rzeczywiście życzliwego wspólnego rozważenia problemu.

 

Deliberacja w sferze publicznej i w codziennym życiu

Demokracja deliberatywna w ostatnich latach doświadczała wzlotów, ale też i zatraciła swój impet. Najgłośniejsze polityczne wydarzenia współczesności – Brexit i wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA – a także upowszechniające się trendy autorytarne i rosnąca polaryzacja polityczna stanowiły raczej powód do niepokoju. W zastosowaniu jej w ochronie zdrowia szkodził źle rozumiany menadżeryzm oraz dogmat „chudego zarządzania”, czyli permanentne cięcie kosztów (np. zatrudnienia). Jednak w dobie pandemii (drastycznego niedoboru zasobów ludzkich i sprzętowych) – a także w czasach rosnących nierówności społecznych, kryzysów ekologicznych i niezrównoważenia gospodarki – dążenie do deliberacji przestaje być tylko szczytnym ideałem. Traktowanie deliberacji jako praktyki tylko na dobrą pogodę paradoksalnie szybciej sprowadza na nas pogodę złą. Sprawia, że błędy systemowe kumulują się by z czasem eksplodować przy okazji większego kryzysu.

Metody deliberatywne takie jak ‘ocena skutków zdrowotnych’ (HTA) czy ‘uczenie w działaniu’ (action learning) wspomagają sprawniejsze i bardziej efektywne działania. Pozwalają na bieżąco wykrywać problemy i je korygować. Uzdrowienie dyskusji publicznej i procesów decyzyjnych – szczególnie, jeśli mają być podejmowane rzetelnie i szybko – staje się koniecznością. A demokracja deliberatywna pokazuje nam jak tego dokonać: zarówno na poziomie mikro, jak i w skali dużo szerszej. Rehabilitacja emocji i interesów własnych oraz bardziej trzeźwe spojrzenie na wiedzę ekspercką jest tutaj kluczowe.

Irlandzkie Zgromadzenie Obywatelskie jest jednym z wielu przykładów metody demokracji deliberatywnej | źródło: Participedia/Maxwell’s

Praktycznym ucieleśnieniem tego nowego dorobku okazały się doświadczenia irlandzkich reform konstytucyjnych z 2015 i 2018 roku. Przeprowadzono tam wówczas m.in. referendum na temat ogromnie kontrowersyjnej propozycji zniesienia konstytucyjnego zakazu aborcji. Jednak poprzedzono je dobrze przeprowadzonymi deliberacjami: Konwencją Konstytucyjną z roku 2012 i Zgromadzeniem Obywatelskim z 2017-2018 roku. I deliberacje te dobrze wkomponowano w debaty publiczne poprzedzające referenda. Zmiana opinii publicznej okazała się znacząca. Komentując sprawę z perspektywy czasu Irlandczycy zauważali, że uczciwość i transparencja tego referendum wyraźnie kontrastowały z tym jak przeprowadzone zostało brytyjskie referendum w sprawie Brexitu. Kluczem do takiego rezultatu był przebieg deliberacji, choćby w Zgromadzeniu Obywatelskim [27]. Istotnym ich elementem były emocjonalne świadectwa (opowiadanie historii) nie tylko oponentów zniesienia zakazu aborcji, ale i osób, które doświadczyły negatywnych skutków tego całkowitego jej zakazu.

Uwzględnienie emocjonalnego przekazu stało się kluczem do szerszej deliberatywnej przemiany opinii publicznej, bo pozwoliło lepiej zrozumieć wiedzę naukową w kwestii praw reprodukcyjnych. Osobiste historie nadały ludzką twarz temu, co sucho opisywała wiedza naukowa. Grunt pod tę przemianę położyły też wydarzenia i procesy poprzedzające debaty i deliberacje wokół referendum. Istotną rolę odegrało choćby nagłośnienie historii bezdusznego traktowania przez władze i lekarzy Amy Dunne – nastolatki, której odmówiono przerwania ciąży z bezmózgowiem. Doszedł do tego szereg innych procesów w debacie publicznej, które umożliwiły swobodniejszą refleksję społeczną nad wartościami społecznymi i konstytucyjnymi – uwalniając opinię publiczną od żelaznego uścisku monopolistycznego autorytetu.

To są tylko przykłady na wielką skalę. Najważniejsze założenia demokracji deliberatywnej realizować można w codziennym życiu. Postawą deliberatywną możemy przyjmować w zwykłej dyskusji z innymi. Możemy ją przyjąć też w osobistej refleksji nad otoczeniem – w rozłożonym w czasie empatycznym uczeniu się. Do tego jednak potrzebne jest szczere rozmawianie o swoich odczuciach i potrzebach, a nie tylko przekomarzanie się, „jakie są fakty”. W tym procesie istotną rolę odgrywają emocje, jako intuicyjne podstawy, ale też i przejawy głębszej refleksji moralnej. Przestańmy się postrzegać jako istoty wolne od potrzeb i porywów emocji. Ale też bądźmy bardziej wobec siebie życzliwi. Deliberacja w codziennym życiu może mieć nieodzowne walory psychoterapeutyczne, uzdrawiając relacje międzyludzkie. Wystarczy, że przestaniemy ją postrzegać jako coś górnolotnego, właściwego tylko abstrakcyjnemu bezinteresownemu obserwatorowi.

***

Powyższy tekst jest popularnonaukowym streszczeniem głównego przesłania mojej książki pt. Wszechstronniczość. O deliberacji w polityce zdrowotnej z uwzględnieniem emocji, interesów własnych i wiedzy eksperckiej. W tej pracy omawiam najnowszy dorobek teorii deliberatywnej i to jak wesprzeć nas może w tworzeniu lepszej polityki zdrowotnej. Jednak staram się w niej też wydobyć z tego dorobku pewne wskazówki praktyczne – takie, które przydać się mogą w deliberacji w codziennej rozmowie. Wcześniejsza wersja tego tekstu ukazała się na portalu Progg.

Kontakt do autora: Michał Zabdyr-Jamróz 


Blog Zdrowia Publicznego, red. M. Zabdyr-Jamróz, Instytut Zdrowia Publicznego UJ CM, Kraków: 11 listopada 2020


Źródła: 

[1] M. Zabdyr-Jamróz, Perspektywy sondażu deliberatywnego jako innowacji w polityce zdrowotnej, „Zeszyty Naukowe Ochrony Zdrowia. Zdrowie Publiczne i Zarządzanie” 2011, t. 7, nr 2, s. 30–46.

[2] J. Habermas, Reconciliation Through the Public use of Reason: Remarks on John Rawls’s Political Liberalism, „The Journal of Philosophy” 1995, t. 92, nr 3, s. 109–131; J. Rawls, Political Liberalism: Reply to Habermas, „The Journal of Philosophy” 1995, t. 92, nr 3, s. 132–180.

[3] S. Harrison, M. Mort, Which Champions, Which People? Public and User Involvement in Health Care as a Technology of Legitimation, „Social Policy & Administration” 1998, t. 32, nr 1, s. 60–70.

[4] J.J. Mansbridge, Everyday Talk in the Deliberative System, [w:] Deliberative Politics: Essays on Democracy and Disagreement, red. S. Macedo (s. 211–239), Oxford University Press, Oxford 1999.

[5] Termin „postawa deliberatywna” wprowadzili dopiero w 2015 roku David Owen i Graham Smith w tekście Deliberation, Democracy, and the Systemic Turn, „Journal of Political Philosophy” 2015, t. 23, nr 2, s. 213–234.

[6] M. Fuerstein, Democratic Consensus as an Essential Byproduct, „Journal of Political Philosophy” 2014, t .22, nr 3, s. 282–301.

[7] C. Landwehr i K. Holzinger, Institutional Determinants of Deliberative Interaction, „European Political Science Review” 2010, t. 2, nr 03, s. 373–400; C. Landwehr, Discourse and Coordination: Modes of Interaction and their Roles in Political Decision-Making, „Journal of Political Philosophy” 2010, t. 18, nr 1, s. 101–122.

[8] A. Schopenhauer, Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów, tłum. J. Lorenowicz, Verso, Kraków 2007.

[9] M.E. Warren, J.J. Mansbridge, Deliberative Negotiation, [w:] Negotiating Agreement in Politics, red. J. Mansbridge, C.J. Martin (s. 86–120), American Political Science Association Washington, DC 2013.

[10] J. Forester, D. Stitzel, Beyond Neutrality, „Negotiation Journal” 1989, t. 5, nr 3, s. 252–253.

[11] M. Zabdyr-Jamróz, Wszechstronniczość. O deliberacji w polityce zdrowotnej z uwzględnieniem emocji, interesów własnych i wiedzy eksperckiej, Wydawnictwo UJ, Kraków 2020.

[12] Warren M.E., Mansbridge J.J., Deliberative Negotiation, [w:] Negotiating Agreement in Politics, red. J. Mansbridge, C.J. Martin (s. 86–120), American Political Science Association Washington, DC 2013.

[13] F. Fischer, Democracy and Expertise: Reorienting Policy Inquiry, Oxford University Press, New York 2009.

[14] M.A. Hajer, D. Laws, W. Wersteeg, Authority through Deliberative Governance: The British Food Standards Agency in Action, [w:] Authoritative Governance: Policy Making in the Age of Mediatization, red. M.A. Hajer, Oxford University Press, Oxford 2009.

[15] Neutralization of Values in Law, red. K. Pałecki, Wolters Kluwer Polska, Warszawa 2013.

[16] T.F. Lawson, Before the Verdict and Beyond the Verdict: The CSI Infection Within Modern Criminal Jury Trials, „Loyola University Chicago Law Journal” 2009, s. 119–173..

[17] D. Sarewitz, Science and Environmental Policy: An Excess of Objectivity, [w:] Earth Matters: The Earth Sciences, Philosophy, and the Claims of Community, red. R. Frodeman, V.R. Baker (s. 79–98), Prentice-Hall, Upper Saddle River, NJ 2000.

[18] T. Greenhalgh, J. Russell, Evidence-based Policymaking: A Critique, „Perspectives in Biology and Medicine” 2009, t. 52, nr 2, s. 304–318.

[19] D.M. Kahan, H. Jenkins‐Smith, D. Braman, Cultural Cognition of Scientific Consensus, „Journal of Risk Research”, 2011, t. 14, nr 2, s. 147–174.

[20] A. Dobson, Listening for Democracy: Recognition, Representation, Reconciliation, Oxford University Press, Oxford 2014.

[21] G. Mackie, Does Democratic Deliberation Change Minds? „Politics, Philosophy & Economics” 2006, t. 5, nr 3, s. 279–303.

[22] C.H. Weiss, Knowledge Creep and Decision Accretion, „Science Communication”, 1980, t.1, nr 3, s. 381–404.

[23] J.J. Mansbridge, Everyday Talk in the Deliberative System, [w:] Deliberative Politics: Essays on Democracy and Disagreement, red. S. Macedo (s. 211–239), Oxford University Press, Oxford 1999.

[24] J. Parkinson, J.J. Mansbridge, Deliberative Systems: Deliberative Democracy at the Large Scale, Cambridge University Press, Cambridge–New York 2012.

[25] J.J. Mansbridge, J. Bohman, S. Chambers, T. Christiano, A. Fung, J. Parkinson, D.F. Thompson, M.E. Warren, A Systemic Approach to Deliberative Democracy, [w:] Deliberative Systems, red. J. Parkinson, J. Mansbridge (s. 1–26), Cambridge University Press, New York 2012.

[26] I.M. Young, Inclusion and Democracy, Oxford University Press, New York–Oxford, UK 2002, s. 54–57.

[27] J. Suiter, Deliberation in Action – Ireland’s Abortion Referendum, „Political Insight” 2018, t. 9, nr 3, s. 30–32.


Powrót